Suwerenność cyfrowa jest obecnie ważnym tematem w Unii Europejskiej. Coraz więcej państw traktuje infrastrukturę cyfrową jako element bezpieczeństwa narodowego, a zamówienia publiczne – jako narzędzia do wspierania krajowych rozwiązań i innowacji. Jednak nie w Polsce. Problemem nie jest brak kompetencji, lecz polityka.
Jesteśmy na takim etapie postępu technologicznego, że to właśnie technologia decyduje o przewagach konkurencyjnych. Ba, ona wręcz jest odpowiedzialna za funkcjonowanie wielu firm, sektorów, a nawet całych sektorów gospodarczych. Dlatego coraz częściej staje się też narzędziem politycznym. Bo jak doskonale wiemy, przecież to politycy chcą decydować o wszystkim. A na pewno o tym, co dla Polski dobre i ważne. Niezależnie od ich kompetencji.
Problem jednak w tym, że zarówno Polska, jak i Unia Europejska są w tej chwili głęboko uzależnione od dostawców usług, rozwiązań i produktów cyfrowych z krajów pozaeuropejskich – twierdzi Maria Świetlik, dyrektorka zarządzająca Polskiej Sieci Ekonomii, współautorka raportu „Cyfrowa racja stanu”. Ja dodam, że chodzi przede wszystkim o Big Techy, ale nie tylko. Wielu dostawców rozwiązań technologicznych to firmy z Kalifornii czy innych stanów USA. Dokładnego poziomu tego uzależnienia nie znamy, bo nikt go kompleksowo nie bada. Wiemy jednak, że jako kraj znacznie więcej produktów cyfrowych kupujemy, niże eksportujemy – podkreśla ekspertka.
Postawmy na polskie technologie
Trudno się z tym nie zgodzić. Obserwuję rozwój technologii od ponad 20 lat. I rzeczywiście nadszedł moment, kiedy powinniśmy przestać ślepo zachwycać się tym, co amerykańskie, przestać ślepo adoptować wszelkie rozwiązania i przestać na nich budować krajowe usługi. Od lat głośno mówię o tym, że potrafimy tu w Polsce stworzyć chociażby własny system operacyjny dla automotive. Ostatnio byłem na posiedzeniu Komisji ds. energetyki rozproszonej, elektromobilności i innowacji. Prezentowano tam ponownie projekt polskiego samochodu elektrycznego. Problem w tym, że jeśli w ogóle powstanie, to będzie to chiński samochód wyprodukowany w Polsce. A przecież to już jest doskonała okazja, by spróbować wprowadzić tutaj ten polski komponent technologiczny. Szansa jedna na milion. Bo kompetencje przecież mamy. Potrzebna jest jasna wola polityczna, która następnie przełoży się na decyzje. Dbajmy o ten local content, który tak hucznie zapowiadał swojego czasu Donald Tusk i rozwijamy się technologicznie równie szybko, jak wojskowo. Potraktujmy to jako strategiczny obszar obronności. Niezależności państwa. Niech suwerenność cyfrowa wejdzie do strategii Polski.
Polska uzależniona cyfrowo
Raport „Cyfrowa racja stanu. Suwerenność cyfrowa jako narzędzie bezpieczeństwa, rozwoju i polityki przemysłowej państwa”, przygotowany przez Polską Sieć Ekonomii z inicjatywy Polskiej Chmury – Związku Pracodawców, wskazuje, że deficyt Polski w handlu produktami cyfrowymi w 2025 roku przekroczył 60 mld zł. Do 2030 roku wydatki na import technologii cyfrowych mają przewyższyć łączne koszty importu wszystkich surowców energetycznych. Z danych Ministerstwa Cyfryzacji przywołanych w raporcie wynika również, że tylko w 2024 roku administracja publiczna przeznaczyła ponad 7 mld zł na rozwój i utrzymanie systemów teleinformatycznych. Państwo nie analizuje jednak, jaka część tych środków trafia do krajowych przedsiębiorstw, a jaka zasila zagranicznych dostawców technologii. Przy założeniu wzrostu cen licencji i usług chmurowych o 12 proc. rocznie wydatki na takie zakupy mogą zwiększyć się o 76 proc. w ciągu pięciu lat.
Maria Świetlik słusznie zauważa, że o uzależnieniu cyfrowym wiemy to, iż będzie się ono pogłębiać, jeśli państwo nie będzie prowadzić aktywnej polityki na rzecz suwerenności cyfrowej. Komisja Europejska i wiele państw UE już takie polityki prowadzi. W ciągu ostatnich dwóch lat wyraźnie działania w tym kierunku podjęły m.in. Francja, Dania i Niemcy, przestawiając administrację publiczną na rozwiązania oparte na wolnym oprogramowaniu. Polska również mogłaby prowadzić podobną politykę. Pani Marto – jak bardzo się z Panią zgadzam!
Eksperci wskazują również, że cyfrowa zależność to ryzyko dla państwa. Chmura, rejestry i systemy administracji są infrastrukturą krytyczną państwa, równie ważną jak sieć energetyczna. Od nich zależy bowiem funkcjonowanie administracji, ochrony zdrowia, finansów czy usług publicznych. Ewentualna awaria albo eksterytorialny dostęp do nich może prowadzić do utraty zdolności państwa. Nadal jednak inwestycje w ten obszar w Polsce są w dużej mierze oceniane według standardowych zasad zamówień publicznych.

Test suwerenności
Premier Donald Tusk w czerwcu zapowiedział wprowadzenie tzw. testu suwerenności dla zakupów technologicznych państwa, który miałby być obligatoryjny dla inwestycji powyżej określonego progu kosztów: dla zakupów technologicznych powyżej 5 mln zł oraz inwestycji infrastrukturalnych powyżej 15 mln zł. Eksperci Polskiej Chmury podkreślają, że nie próg kwotowy, tylko krytyczność systemu powinna być decydująca – im większe znaczenie danej infrastruktury dla państwa, tym wyższy powinien być reżim kontroli. Autorzy raportu proponują, by test obejmował ocenę operacyjną wpływu infrastruktury na funkcje państwa, podległość jurysdykcyjną, wpływ ekonomiczny, poziom poznawczy i demokratyczny oraz warunki środowiskowe.
Rozszerzenie testu suwerenności mogłoby wpłynąć nie tylko na kwestie bezpieczeństwa, ale także na wzmocnienie krajowego potencjału technologicznego. Wybór dostawcy strategicznych systemów cyfrowych może decydować o tym, gdzie rozwijane są kompetencje, powstają miejsca pracy i pozostaje wartość dodana. Państwa europejskie coraz częściej wykorzystują zamówienia publiczne jako narzędzie wzmacniania własnego sektora technologicznego. W kwietniu 2026 roku Francja ogłosiła zamiar szerokiej migracji administracji publicznej z rozwiązań amerykańskich na oprogramowanie open source, w tym Linux. Docelowo ma ona objąć 2,5 mln stanowisk. Rok wcześniej decyzję o migracji z ekosystemu Microsoftu na wolne oprogramowanie ogłosiły największe miasta Danii i jej Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Na rozwiązania open source zdecydował się również rząd kraju związkowego Szlezwik-Holsztyn.
Schemat suwerennej chmury
Komisja Europejska opracowała Schemat suwerennej chmury (Cloud Sovereignty Framework), czyli zestaw zasad określających wymagania dla zamówień publicznych dotyczących usług chmurowych. Obejmuje on m.in. ocenę jurysdykcji dostawcy, bezpieczeństwa łańcucha dostaw, możliwości migracji do innego rozwiązania oraz wykorzystania otwartych standardów. Na jego podstawie przeprowadzono już pierwsze postępowanie zakupowe. Autorzy raportu wskazują, że kolejnym krokiem ma być rozporządzenie CADA (Cloud and AI Development Act), które ma wprowadzić jednolite unijne ramy oceny suwerenności usług chmurowych i AI. Projekt ten został przedstawiony KE na początku czerwca 2026 roku.
Dlaczego jest to ważne? Bo projekt ten traktuje infrastrukturę cyfrową jako infrastrukturę krytyczną państwa, co oznacza, że rozwiązania powinny być oceniane także pod względem geopolitycznym. Tworzy on bardziej konkretną ramę tego, czym jest suwerenność cyfrowa i jak ją należy budować, wskazuje znaczenie oceny jurysdykcji eksterytorialnej, czyli czy firma i świadczone przez nią usługi podlegają prawu innemu niż europejskie – podkreśla Marta Świetlik.
Nie wystarczy lokalizacja na terenie UE
To jest argument, który przemawia do mnie bardzo. Otóż projekt rozporządzenia CADA odchodzi od dotychczasowego podejścia, w którym bezpieczeństwo usług cyfrowych oceniano głównie przez pryzmat lokalizacji centrum danych. Bo jak słusznie zauważa cytowana powyżej Marta Świetlik, należy badać także, kto jest właścicielem i jakiego rodzaju oprogramowanie jest używane, kto ma prawo do jego aktualizacji, czyli to, co w języku ekonomicznym nazywa się zbadaniem całego łańcucha dostaw. Do tej pory Unia Europejska działała w takim dogmacie, że kluczowa jest lokalizacja centrum danych. Dzisiaj wiemy, i mamy na to liczne przykłady, że samo zlokalizowanie fizycznej części infrastruktury to za mało.
Suwerenność cyfrowa to nie fanaberia, to must have dla Polski
Być może jeszcze kilka lat temu na takie postulaty byłoby za wcześnie. Być może nie mielibyśmy ku temu kompetencji czy zasobów. Ale dzisiaj jest inaczej. Dzisiaj nasi inżynierowie, programiści, specjaliści od cyberbezpieczeństwa czy AI rozchwytywani są po całym świecie. Pozyskiwani są do projektów globalnych. Co to oznacza? Że mamy zasoby ludzkie. Nie mamy tylko woli i dojrzałości politycznej. Bo tak, jak wojna w Ukrainie pokazała nam, że trzeba się zbroić, tak powinniśmy też zadbać o warstwę technologiczną, o gospodarkę, której głównym zasobem są technologie, o suwerenność cyfrową.
I o ile nie cofniemy sprzedania Telekomunikacji Polskiej do Orange, to przynajmniej przestańmy powielać błędy przeszłości i zacznijmy budować polską suwerenność cyfrową. Zacznijmy pracować nad rozwiązaniami technologicznymi, które mogą być wykorzystywane w polskich firmach. Bo patriotyzm lokalny to nie jest tylko kupowanie polskich jabłek.
Jednak pamiętajmy przy tym wszystkim, że to nie jest takie łatwe do wprowadzenia. To nie jest tak, że nagle polski rząd mówi zróbmy własną chmurę, własny system operacyjny, własne fabryki komponentów. I natychmiast to powstanie. Trzeba mieć świadomość tego, że tak to nie zadziała. Zatem, jak rozumieć tę suwerenność cyfrową, aby nie wpaść w paranoję? Otóż przede wszystkim należy odpowiedzieć na pytanie, w których warstwach zależność od big techów i innych dostawców technologii jest akceptowalna, a w których staje się ryzykiem dla państwa? Następnie wyznaczyć realną drogę dojścia do większej niezależności i zacząć budować własne rozwiązania, również na bazie technologii, które już istnieją. Bo powiedzieć uniezależnijmy się od zagranicznych dostawców technologicznych jest bardzo łatwo, tylko co wtedy? Zostanie nam średnio sprawny Bielik?













































































